JESTEŚMY GOTOWI NA LEGALIZACJĘ MARIHUANY
Premier Tusk wyznał, że palił trawkę, ale w czasach studenckich. Prezydent Clinton „palił, ale się nie zaciągał”. Obama palił i się zaciągał. Holendrzy już dawno zalegalizowali marihuanę, a w Hiszpanii została zdekryminalizowana. Nawet zwykle konserwatywne Stany Zjednoczone liberalizują swoją politykę narkotykową, zaś w wielu stanach już od dawna wspomaga się nią medycyna. W Europie środkowej wybiły się Czechy, gdzie od pierwszego stycznia marihuana jest ogólnodostępna i wolno ją palić.
Dzieci polityków w tarapatach
Tylko w Polsce premier Kaczyński powątpiewał na jednej z konferencji prasowych: „Czy marihuana jest z konopi? Chyba nie”, jednak – stwierdził – „z marihuaną trzeba walczyć”, efektem czego ministerstwo sprawiedliwości pod wodzą Zbigniewa Ziobry przygotowało projekt ustawy zaostrzającej politykę narkotykową (za posiadanie miało grozić do 8 lat więzienia).
Gdy u władzy są liberałowie wspierający się na ludowcach, wydaje się, że o zmianę jest łatwiej. W lasce marszałkowskiej leży właśnie projekt ustawy zawierającej zapis, że postępowanie karne w przypadku posiadania niewielkich ilości może zostać umorzone. Nie jest to jednak jednoznaczne z depenalizacją używki, bowiem jak twierdzą twórcy ustawy, taka sytuacja może mieć miejsce dopiero po sporządzeniu wywiadu środowiskowego.
Platforma zresztą nie ma wyjścia. Nie chodzi tu po raz kolejny o akcentowanie różnic polityki rządu Tuska i Kaczyńskiego, co jest spiritus movens obecnego kształtu sceny politycznej i dominacji PO. Chodzi o coś innego. Koalicja rządząca nauczyła się na błędach poprzedników.
Kiedy wyszło na jaw, że Tomasz Lepper hoduje konopie, jego ojciec, ówczesny minister rolnictwa Andrzej Lepper starał się przekonać opinię publiczną, że legalizacja przyniesie profity dla budżetu państwa. Jego głos jednak ledwo przedarł się przez medialną wrzawę i nie został potraktowany na serio.
Kiedy za posiadanie siedmiu i wprowadzenie do obrotu sześciu gramów marihuany skazany został Stanisław Zdrojewski, syn ministra kultury, Donald Tusk nie mówił o legalizacji, uznając zapewne, że na tak radykalne środki jest jeszcze w Polsce za wcześnie. Jego rząd miał przygotować jednak ustawę, o której wiadomo było tylko tyle, że politykę narkotykową zliberalizuje. Casus Zdrojewskiego udało się więc zracjonalizować w podobny sposób jak aferę hazardową.
Status quo niczym obrona Częstochowy
Marihuana w ogóle jest używką pechową. W 1997 roku Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała słynny raport dotyczący konopi, jednak już rok później brytyjski „New Scientist” wykazał, że zatajony został jeden z rozdziałów dokumentu. Zawierał zestawienie suszu konopi indyjskiej z narkotykami legalnymi – tradycyjnym alkoholem i popularną nikotyną, a także z opiatami. Badania zagrożeń wynikających z użytkowania środków wypadły korzystnie na rzecz nielegalnej marihuany. Mówi się, że prominenci WHO „wpadli w szał”, gdy zapoznali się z kontrowersyjnym dokumentem.
Legalizacja konopi indyjskiej jest także nie w smak zorganizowanym grupom przestępczym, kartelom narkotykowym, które – szczególnie w Ameryce Łacińskiej – korumpują polityków i policję, zapewniając sobie monopol na handel narkotykami. Byłoby zbytnim uproszczeniem i nadużyciem stwierdzenie, że nad Wisłą sytuacja wygląda podobnie. Pewne jest jednak, że silne lobby spirytusowe i przemysłu tytoniowego będzie podnosić argumenty o marihuanie jako furtce do ciężkich narkotyków, i powielać inne stereotypy. Jak Częstochowy będą bronić istniejącego status quo, aby tylko nie doprowadzić do wprowadzenia na rynek kolejnego dobra substytucyjnego, które osłabi pozycję wódki czy papierosów. To również rozgrywki biznesowe zadecydowały, że konopie zostały zdelegalizowane w USA na początku XX wieku, gdy jeszcze służyły w przemyśle, m.in. do produkcji papieru.
Zalegalizujmy marihuanę
Wartość rynku narkotykowego w Polsce liczy się w milionach złotych, a więc nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby uświadomić sobie rząd wielkości wpływów do państwowej kasy, gdyby opodatkować konopie indyjskie. Tymczasem eksperci Instytutu Spraw Publicznych policzyli w grudniu, że ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii kosztuje nas każdego roku 80 mln złotych. „Najdroższy” jest artykuł 62, zagrażający karą pozbawienia wolności do lat 3 za każdą ilość posiadanego narkotyku.
Dobra polityka uznawałaby, że środki pochłaniane przez kryminalizację, policję, więzienie, etc. – bez porównania lepiej procentowałyby, gdyby były wykorzystane na pomoc ludziom uzależnionym i zagrożonym uzależnieniem – pisze konstytucjonalista, profesor Wiktor Osiatyński w pracy „Niezamierzone konsekwencje. Polityka Narkotykowa i Prawa Człowieka" pod redakcją Katarzyny Malinowskiej-Sempruch. Osiatyński sytuuje się wśród zwolenników otwartej polityki narkotykowej, traktującej narkomanię jako chorobę, a uzależnionych jako chorych.
Chorych ludzi nie zamyka się w więzieniach. Nie skazuje się ich na desocjalizację, umieszczając w zakładach karnych wraz z przestępcami (wedle polskiego prawa za posiadanie marihuany grozi kara podobna jak za pedofilię czy gwałt). Chorym (niepełnosprawnym) ludziom pomaga się na rynku pracy, nie zaś przekreśla ich szans wpisem o karalności do akt. Chorych ludzi się leczy.
- Jeżeli penalizujemy posiadanie, to wtedy po drugiej stronie bariery staje zarówno handlarz, dealer narkotykowy, jak również jego ofiara. Ofiara ma być po naszej stronie – zaznacza Osiatyński.
- Jaki jest sens ścigania i karania konsumentów? Żaden!
Argumentem za liberalizacją ustawy jest też reorganizacja pracy służb bezpieczeństwa. Policja, która obecnie zajmuje się wyłapywaniem „planktonu” narkotykowego, musiałaby się przestawić na walkę z biznesem narkotykowym, za którym stoją dobrze zorganizowane grupy przestępcze. Na łeb na szyję spadłyby również policyjne statystyki, które służą przecież jako miara skuteczności policji. Obecnie wystarczy, że ambitny aspirant złapie za rękę siedemnastoletniego licealistę, który być może próbuje pierwszy raz.
Nieujawniający swoich personaliów, doktorant prawa J.S. wszedł do komisariatu policji i położył na biurku woreczek. W nim: pół grama suszu konopi indyjskiej. Taka ilość wystarczyła, aby przeszukać mieszkanie jego matki, zaś jego samego zatrzymać w areszcie na 24 godziny.
Jak powiedział Wyborczej, tylko dzięki prowokacji mógł złożyć skargę do Trybunału Konstytucyjnego na obowiązującą ustawę, ograniczającą prawa zapisane w ustawie zasadniczej. Przy okazji jednak obnażył nieprzystosowanie instrumentów prawa do obowiązującej ustawy: - Jaki jest sens ścigania i karania konsumentów? Żaden! Organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości są niewydolne, jeśli dwadzieścia godzin zajęło im postawienie mi zarzutu z art. 62 ust. 3, czyli przypadek mniejszej wagi. A gdyby w tym samym momencie swój czyn ujawnili wszyscy konsumenci z Trójmiasta? – pyta.
Nie ma takiej siły, by nam palić zabronili
Gdy na scenę katowickiego Mega Clubu wchodzi hip – hopowy Hemp Gru, już po chwili w głośnikach wybrzmiewa: „się jara dziewczyno, się jara chłopaku, to czysta marycha bez odoru maku, bez odoru wojny…”, a w powietrzu unoszą się opary spalanej konopi indyjskiej. Skręcona w papieros wędruje po sali. Pali każdy, kto ma ochotę. Ochrona się nie wtrąca, więc prawie legalnie.
„Polska pali gandzię” – śpiewa Mewa, a dalej: „wstawić nazwę miasta… pali gandzię”. Bo gandzię pali się wszędzie, w każdym mieście i w każdej wsi. Warszawiacy manifestują to rokrocznie, podczas „Marszu miliona blantów”. Liczba uczestników stale rośnie i w tej chwili mówi się nawet 5 tysiącach osób. Emblemat z liściem konopi jest stale obecny w naszej kulturze, przyozdabia odzież głównie młodych ludzi. Jednak po marihuanę sięgają wszyscy. Dwudziestolatkowie i czterdziestolatkowie, studenci i pracownicy fizyczni, pracownicy korporacji i bezrobotni…
Nasze społeczeństwo jest już przygotowane do zaakceptowania legalizacji marihuany - uważa prof. Vetulani z Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk w Krakowie.
A jeżeli nie legalizacja, to co? „Panie polityku w za ciasnym krawacie […] ty o moim blancie nie będziesz decydował” – śpiewa Mewa…
Korzystałem m.in. z: Narkopolacy.pl, Hyperreal.info, Wolnekonopie.pl, Spliff.com.pl
Dominik Łaciak
.
Ciao Guevara. Ciao wielkie narracje, wspaniałe opowieści i namiętności. Ciao poeci przeklęci. Ciao romantyczni buntownicy. Ciao idealiści i wasi filozofowie. Zstąpił z niebios dolar i odnowił oblicze ziemi. Tej ziemi.
Kupiłem Che Guevarę w promocji na wczasach w Bułgarii, gdzie byłem i mi się podobało, bo sześciolatki sprzedawały tanią gotowaną kukurydzę w czterdziestostopniowym upale. Skorzystałem ze wszystkich lokalnych atrakcji turystycznych, obserwując tylko jak ich obsługa dwoi się i troi, aby mi było miło i wygodnie. To były wspaniałe dwa tygodnie niczym nieskrępowanego feudalizmu. Ja – wszechpotężny wasal i Bułgarzy schylający się po moje leva.
Gdy dorosnę, będę mieć dużo pieniędzy.
I zapalę kubańskie cygaro imienia Commandante. Świeże, ręcznie zwijane – muszę mieć tą pewność – prosto z Hawany, o aromacie mieszających się: rewolucji i delikatnej czekolady. Nie zapominam oczywiście o buteleczce wyjątkowego rumu, który przygotuje dla mnie rodzina zwijającego moje cygaro. Postawię na głowie całą Kubę! A potem usiądę w wygodnym fotelu przed plazmowym ekranem i raz jeszcze chwycę się za głowę. Na świecie głodują 2 miliardy ludzi. Och. Pomodlę się, żeby nie głodowali.
Gdy dorosnę, będę norweskim emerytem.
Bogactwa rzecz jasna nie osiągnę w Polsce. Wyemigruję do Norwegii, wszak żyją tam najszczęśliwsi ludzie na świecie. W swojej szczęśliwości wcześniej byli mniej szczęśliwi, bowiem słońce zachodziło zbyt szybko i z jego braku popadali w depresję. Biedni Norwedzy. Na szczęście szybko uporali się z tym problemem, gdy okazało się, że późna jesień i zima taniej wychodzą na Wyspach Kanaryjskich.
Oczywiście ciągle pozostaję komunistą i dręczy mnie widok uciemiężającej pracy schorowanego proletariatu, w trudzie i znoju wypracowującego pensję prezesa zarządu. Dlatego zasuńcie wreszcie te czerwone zasłony. Nie chcę na to patrzeć.
decKster (z łamów L'esperance)
.
A zatem wolno nam konsumować niczym nieograniczoną ilość rozmaitych dóbr, reglamentowanych tylko od punktu, w którym kończy się nasz kapitał. Nic odkrywczego, ot – status quo, consens… Przyzwyczailiśmy się, a co więcej – aprobujemy sytuację, w której aby obejrzeć spektakl teatralny potrzebujemy ok. 80 złotych. Oznacza to, że aby obcować z wytworem kultury, podziwiać mimesis, przeżywać ożywcze katharsis, kształtować swoją postawę i pobudzać intelekt, uprawiamy – za Jasiem Kapelą – ćwiczenia fizyczne. Bardziej (praca fizyczna w przemyśle ciężkim czy budownictwie) czy mniej (bary szybkiej obsługi, zmywaki Europy) upokarzające.
Dobra luksusowe dookreślają nasz sens istnienia. Żyjemy w porządku, który Slavoj Żiżek trafnie nazwał czasami „terroru nakazu”, w przeciwieństwie do czasu ustroju totalitarnego, gdy borykaliśmy się z „terrorem zakazów”. Szczęśliwie wywalczyliśmy wolność.
Wolny rynek i globalizacja, coraz swobodniejszy przepływ kapitału, a więc wszystkie te kapitalistyczne twory, są zwyczajnie odpowiedzią na nasze rosnące potrzeby konsumpcyjne. Jeżeli jest popyt, jest i podaż (w warunkach cieplarnianych dla rozwoju wolnego rynku jest zawsze). Jeżeli zaś zachodzi prawdopodobieństwo, że wprowadzony na rynek produkt posiada defekty, zwyczajnie – jest bublem, cała armia speców od marketingu uświadamia nam, że jako zwyczajni maluczcy mylimy się. Prawda jest relatywna.
Przykład niech będzie radykalny.
Coca – Cola. Czy w czasie, gdy ustami całej sieci światowych organizacji zdrowia, organizacji pozarządowych, jak i resortów poszczególnych krajów, tyle mówi się o zdrowym trybie życia i chorobach cywilizacyjnych; gdy trendem kulturowym są wycieczki za miasto; kiedy klasa średnia i wyższa opuszczają miasta i osiedlają się z dala od cywilizacji; gdy konfabuluje się o zastąpieniu stalinowskiego pałacu parkiem na wzór Parku Centralnego w Nowym Jorku, aby uzdrowić życie miejskie; w czasie, gdy sam kapitalizm zaadaptował kategorię tzw. „ekologicznej żywności” do ataku na swoje sztandarowe produkty (ma oczywiste skłonności do autodestrukcji); czy w tak ekstremalnych warunkach Coca - Cola może mieć prawo bytu? Czy w tak nasilonej ofensywie produktów uznawanych za zdrowe, światowej kooperacji najbardziej wpływowych organizacji zdrowia, przy tak silnym rozwoju skrajnie przeciwnych trendów, mód, czy zachodnich lajfstajlów, napój składający się prawie wyłącznie z cukru może liczyć na sprzedaż?
Może. Z dwóch powodów. Po pierwsze, spece od marketingu za pomocą swojej propagandy zrelatywizowali prawdę, mówiąc prościej: wytłumaczyli nam, że się mylimy (prl-owska propaganda bis). Po drugie: Coca –Cola jest jak Kevin sam w Nowym Jorku. Jako stały uczestnik naszej kultury ukonstytuował swoją pozycję w obrębie fetyszyzowanej tradycji, z którą się nie kłóci, bo nie. Bo jest manichejsko dodatnia. Poprzez związanie wizerunku Mikołaja o niekwestionowanym wydźwięku (tym bardziej w tak katolickim kraju jak Polska), otrzymaliśmy prl-owskie, wpływające do Polski w święta pomarańcze bis. Tyle tylko, że Mikołaj przesiadł się do potężnego, prawdziwie amerykańskiego trucka.
Jak stwierdził klasyk J.M. Keynes: „kapitalizm to zabawne założenie, że źli ludzie, w partykularnych celach, będą robić rzeczy dobre”.
Naczelna zasadu gospodarki kapitalistycznej brzmi: „maksymalizacja zysku przy minimalizacji strat”. Nie ma więc powodów do zdziwienia, że rozmaite koncerny i ich pracownicze armie wykorzystują emocje, tradycję i modę dla efektywniejszej sprzedaży. Akumulacja kapitału jest siłą w ogóle potężniejszą od jakichkolwiek norm, wartości, niezależnie od kulturowych kręgów i ich genezy. "Bierzesz odsetki i dopłatę i krzywdzisz gwałtem swego bliźniego, a mnie zapomniałeś" – jest napisane w Księdze Ezechiela. Współcześnie Żydzi, aby nie zostać posądzonymi o lichwiarstwo, udzielają kredytów nieoprocentowanych. Jednak kredytobiorca i tak ponosi koszta, wcale nie mniejsze od potencjalnych odsetek. Rzecz to symboliki. Jednocześnie są kraje, które normują wysokość oprocentowania pożyczek, jak Austria czy Szwajcaria, gdzie górne progi określone są na 15 i 20% rocznie. W dżentelmeńskiej Anglii pojawił się zapis, że „wierzyciele nie mogą naliczać lichwiarskich stóp”, w konserwatywnej i katolickiej Polsce żadnych limitów nie ma (oprocentowanie „chwilówek” szacuje się na 200%). W naszym kraju nie sposób zresztą odnieść wrażenie, że Kościół wręcz wzywa do bogacenia się. Nie bez znaczenia pozostają tu biznesowe talenty toruńskiego redemptorysty czy ks. Jankowskiego. Nikt nie potępił też koniunktury na papieskie pamiątki, która zaczęła się w kwietniu 2005 roku. Zresztą dlaczego ktokolwiek miałby to zrobić, skoro na porządku dziennym jest ożywiony na Jasnej Górze handel dewocjonaliami, a tradycyjne odpusty dominują życie społeczne prowincji.
Kapitał jest też wartością nadrzędną wobec suwerenności ośrodków politycznych na świecie, jest ponad etyką i globalną racjonalnością decyzji. Truizmem byłoby, gdybym posądził Stany Zjednoczone o interwencję w Iraku podyktowaną złożami ropy naftowej. Obok wciąż jednak odbywa się handel bronią z krajami Trzeciego Świata, a mimo będącego w dobrym guście potępiania łamania praw człowieka w Chinach – zachodni świat korzysta z wytworów niewolniczej pracy. Zasłoną dymną i rzeczą pozwalającą nam poczuć się lepiej jest fetysz kreowania miejsc pracy. O ich jakości się nie dyskutuje. Innym przykładem jest kwestia ocieplenia klimatu. Publicysta Dziennika Andrzej Talaga komentował na łamach, że na kopenhaskiej konferencji interesem Polski jest przyjęcie zobowiązań, które nie odbiją się na gospodarce, ponieważ kryzys klimatyczny jest tylko prawdopodobny. Istnienie kapitału jest bezdyskusyjne.
Istnieje oczywista korelacja między brakiem śniegu a kolorowym Santa Claus. Otóż ikona popkultury, którą ten się stał, stymuluje konsumpcję absorbującą coraz więcej dóbr naturalnych. W efekcie Ziemia jest coraz mocniej eksploatowana, a klimat ulega ociepleniu. A przecież w świadomości świata zachodu śnieg jest dobrem komplementarnym względem Santa Clausa, trudno wyobrazić sobie święta bez grubasa z workiem, ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie grubasa z workiem wpychającego się do nieośnieżonego komina. Pytanie więc, czy taka dążność do autodestrukcji wynika z depresji Santa Clausa, czy to jedynie niepohamowana żądza konsumpcji sprawiła, że odgryzł sobie rękę?
Może więc miast wciąż opisywać świat, zacznijmy go zmieniać?
decKster
.
Widziałem ostatnio dwa amerykańskie filmy. Jeden opowiadał o intelektualiście zasypiającym z książkami, który nadużywa alkoholu i próbuje naprawić popsute relacje ze swoją rodziną. Drugi, z kolei, opowiadał o intelektualiście zasypiającym z książkami, który nadużywa alkoholu i próbuje naprawić popsute relacje ze swoją rodziną.* Obu sztuka ta udała się dzięki końcowi świata (gospodynie domowe śledzące M jak miłość byłyby zawiedzione).Dość jednak o Knowing.
Jeślibyśmy się przenieśli w przyszłość o – dajmy na to – 5 lat i prześledzili ramówkę polsatu, jest pewne jak Kevin sam w Nowym Jorku, że 2012 okraszone etykietą z prefiksem „mega-, super” będzie wciśnięte gdzieś pomiędzy Lawinę i Polowanie na Czerwony Październik. Zaraz. Za 5 lat będzie 2012 rok, a więc Mistrzostwa Europy w Polsce, koniec świata, te sprawy…
Wróć. Jeślibyśmy się przenieśli w przyszłość o – dajmy na to – 2 lata i prześledzili ramówkę polsatu, jest pewne jak Kevin sam w Nowym Jorku, że 2012 okraszone etykietą „po raz pierwszy w telewizji” będzie wciśnięte […]
W istocie amerykańska superprodukcja lokuje się gdzieś pomiędzy Modą na sukces, Nianią i Rambo, w jakim to towarzystwie powinna cierpieć katusze na łamach programu telewizyjnego. Takiego, na którego okładce Edyta Górniak narzeka na swoje mleko!
Amerykanie zrobili rzecz niezwykłą. Rzecz wymykającą się jakimkolwiek klasyfikacjom. Amerykanom udała się hybryda filmu katastroficznego pełnego żartu rodem z kiepskiego sitcomu (to taki, w którym widownia śmieje się za widza), dramatu z rozwojem akcji jak w disnejowskich produkcyjniakach, który epatuje patetycznymi przemowami w stylu yes, we should. W efekcie 2012 jest jeszcze bardziej zaskakujący od Xawerego Żuławskiego. Otóż gdy miałem przyjemność być w kinie na Wojnie polsko - ruskiej, miałem też przyjemność obserwować, jak skarykaturowani obywatele w dresach opuszczają salę kinową. Koleżanka powiedziała mi, że mieli wypisany na twarzy prawdziwy bulwers. Przyszli na komedię o tym, jak Laska walił konia do głównego zbiornika, tymczasem było tylko rzyganie, i to kamieniami. A przecież rzyganie jest trendy, ale tylko po wódce, a chyba i tak mniej niż walenie konia.
Podobny problem miałem jako widz 2012. Oczekiwałem trzymającego w napięciu filmu katastroficznego. Rzecz oczywista nie spodziewałem się niczego na miarę lądowania na Księżycu. Chodziło o rozrywkę.
Pożoga. Zniszczenie. Śmierć. Słowem – stary, dobry armagedon. Ziemia wygląda jak czynny wulkan, a nad nią, w powietrzu, zawisa rosyjski Tupolew. Brakuje paliwa, nie ma perspektyw do lądowania. Na pokładzie dwie kobiety. Amerykańska krowa z dwojgiem dzieci, przedstawicielka klasy średniej oraz rosyjska blond piękność z niewielkim pieskiem, ubrana jak podręcznikowa Rosjanka. Pytanie za milion. O czym rozmawiają?
a) O życiu wiecznym, swojej wierze w Boga, nadziejach; wszystko kończy się wspólną, ekumeniczną modlitwą.
b) O powiększaniu piersi.
c) Bohaterki podtrzymują się na duchu, wierzą, że przeżyją i wszystko skończy się dobrze.
d) Wcale nie rozmawiają. Zrozpaczona matka mocno tuli swoje dzieci, z trudnością tłumi łzy. Dzieci zanoszą się płaczem.
Tak, to prawda: Amerykanie są głupi. Odpowiedź B.
Inna scena. Kluczowa scena. Olbrzymia łódź ratująca ludzkość przed zagładą lawiruje pomiędzy szczytami górskimi Himalajów, które wyrastają z wielkiego oceanu. Wreszcie komputer wyświetla niepokojący komunikat. Wciąż nie działają turbiny, a jesteśmy coraz bliżej punktu, którego wysokość wynosi 8848 metrów. - Co jest na tej wysokości – pyta skonfundowany dowódca. – Mount Everest – odpowiada pewny siebie, młody czarnoskóry naukowiec. Wykazanie się taką wiedzą legitymuje jego status intelektualisty.
Na Boga! W Stanach Zjednoczonych ja i moi koledzy z czwartej „e” bylibyśmy intelektualistami.
Nieprzypadkowo ów erudyta miał czarny kolor skóry. Nieprzypadkowo też on jest autorem lwiej części górnolotnych oracji o prawach człowieka, które – deklamowane z całkowitą powagą (w tle brakuje tylko amerykańskiej flagi) – miast tworzyć podniosły nastrój, śmieszą. Nie tylko brzmią jak własny pastisz, ale wręcz zwiastują rychłe przyjście Lesliego Nielsen’a, który uratuje widownię coraz silniej wyczuwającą podstęp. „Żartowaliśmy. Oglądacie parodię” – mógłby powiedzieć, a na koniec zdjąć krasomówcę celnym strzałem z karabinu snajperskiego.
Nie przyszedł, a my pozostaliśmy z krzyżówką prototypu Baracka Obamy i wczesnego Marksa.
2012 w ogóle jest filmem politycznym. Kluczowe znaczenie dla rozwoju fabuły miały narodowość, kraj pochodzenia, czy kolor skóry właśnie. Trudno powiedzieć, czy to ponowny nawrót czkawki po amerykańskim apartheidzie, czy wciąż niegasnąca euforia po historycznych wyborach prezydenckich. Co jest pewne, to fakt, że symboliczne zwycięstwo dobra dokonało się dzięki młodemu, czarnoskóremu człowiekowi, który wystąpił w obronie słabszych. Taką postawą sprzeniewierzył się starszemu, białemu dowódcy, którego postawa wobec planu ratunkowego była – mówiąc eufemistycznie – elitarystyczna (Obama – McCain?).
Co symptomatyczne, w sukurs młodzieńcowi poszli dowódcy innych krajów, które zyskały możliwość ewakuacji (kraje grupy G8). Jako pierwsi wyłamali się Japończycy, Rosjanie i Chińczycy, a więc gospodarczy hegemoni o dyskusyjnych stosunkach międzynarodowych. Dociekliwi mogą się doszukiwać w tym geście, którego warunkiem zdarzenia był potop, oczyszczenia, jakiego potrzebował świat, aby potęgi mogły się porozumieć, porzucając swoje imperialne zamiary.
Takiej, prostej – by nie powiedzieć – prostackiej symboliki w filmie jest znacznie więcej. Mądrość – tybetańscy myśliciele, bądź czarnoskórzy Amerykanie. Siła robocza – Chiny. Bezwzględność, skłonność do zdrady i wszystko co najgorsze – Rosja. Pytanie tylko, czy scena spotkania prezydentów Grupy G8, w której Rosjanie jako jedyni występują podwójnie, jest jeszcze politycznym smaczkiem obrazu, czy jest już zwyczajnie niesmaczna. Jakby naszym wschodnim sąsiadom nie było jeszcze dość, to właśnie oni przechodzą największe metamorfozy. Ku dobru amerykocentrycznego świata.
Trzymając się górnolotnej narracji 2012, trzeba wspomnieć słynne: „Nie pytaj, co Ameryka może zrobić dla ciebie. Spytaj, co ty możesz zrobić dla Ameryki”! Film uczy, że czegokolwiek byś nie zrobił, jeżeli nie jesteś właścicielem miliarda dolarów, nie masz szans na przeżycie apokalipsy. Ameryka i tak cię wyrucha.
*Znam też amerykański serial „Californication”, którego głównym bohaterem jest intelektualista zasypiający z książkami, który nadużywa alkoholu i próbuje naprawić popsute relacje ze swoją rodziną. Wiadomo już, jak skończą się perypetie Hanka. Nastąpi koniec świata.
decKster
skomentuj (3)
.
Wszystkich nieobojętnych na lokalne sprawy, sfrustrowanych zarządzaniem, polityką, bądź jej brakiem, zapraszam do lektury prowadzonego przeze mnie bloga poświęconego Bieruniowi. Jego adres to:
www.bierun.blog.pl
Tam też swoją kontynuację odnajdują teksty publikowane co miesiąc w KWADRACIE.
Ponadto można się ze mną zgodzić (do czego zachęcam) w ankiecie pod adresem:
http://www.proca.pl/pokaz/3525/czy_polska_kielbasy_z_grilla__wodki__martyrologii_i_jp2_jest_twoja_polska
Albo mnie zbluzgać. To znaczy radzić, abym wziął rozbieg i wyskoczył, wyjechał na jakieś wczasy i odpoczął, stwierdzić, że mam nie po kolei; pod adresem:
http://www.sfora.pl/Czy-stac-nas-na-wiecej-niz-kielbasa-wodka-i-popiersia-JP2-a9876/?utm_source=subscribers&utm_medium=rss&utm_campaign=rss&utm_content=Aktualno%C5%9Bci%2BRSS
Do czego zachęcam tym bardziej.
autor


